Show Navigation

inside my haunted head

your voice is swallowing my soul

#19

To jedyne czego pragnę, o czym marzę. Abstrakcja. Czas, kiedy nie jesteś w stanie myśleć, działać, żyć w zgodzie z prawami logiki. Za bardzo przyczepiłam się do rzeczywistości. Nie wiem czy możliwym jest, by oderwać się od realności na rzecz dryfowania ku abstrakcji. Idealnie byłoby uzyskać symbiozę tych dwóch składników. Ale ale. Nie można tkwić trochę tu i trochę tam. Czas się zatracić w jedną lub drugą stronę. To tak wiele, kiedy chcesz poświęcić się jednemu, ale los wciąż kopie w ścieżkę życia i kieruje cię z powrotem na szlak realności. To tez kwestia przywiązania. Bezpiecznego przywiązania. Kwestia monotonii, którą rzygasz każdego dnia. Obserwujesz, czujesz, myślisz, chcesz. I aż skręca (nie nie, to nie tak płytkie, by mieć na myśli kręgosłup) patrząc na stan posiadania tak bardzo nietwój, a tak bardzo twój jedynie w twojej głowie.

#18

Nic nie może mi być karą. Niebycie, nieistnienie nią jest własnie. Nieczucie. Nienagrodzenie. Nienadzieja. To moment, kiedy nadzieja na zbawienie traci sens. Chociaż może? Pijana życiem trzeźwo stwierdzam: nie podejmie się tego nikt. Nie liczę na zmartwychwstanie,-na wstanie. Tak wygodnie się usadowiłam, zbyt. Chociaż tak nienawidzę monotonii, nie jestem sama w stanie zmienić tego. Jakiś dławiący krzyk rozpaczy jeszcze we mnie woła, acz - już niedługo, już nieintensywnie, już nieboleśnie. Do absolutu robotycznego niewiele mi zostało. Tymczasem przyziemsko łaknę dwudziestu pięciu do zabicia paranoi w wieku ponad lat dziesięciu. Cudzoiskierko, wznieć we mnie chęć powrotu do żywych lub sama mnie zmartwychwstań. Amen.

#17

To kolejna część kary za nieporządek. Chaos, który przyśpiesza wraz z tętnem. Wybudzam się z samej siebie, chociaż część mojej świadomości podpowiadała mi, że egzystuję bezpiecznie w innym miejscu, lepszym? Nie mam siły się cofać. Gra nie toczy się o samą chęć, - jej już nie ma. Zobojętniałam, wypłowiałam, opustoszałam. Granice przesuwane w nieskończoność, nie upatruję już końca, nie widzę rażącego znaku STOP. Mam ochotę wyjść na zewnątrz. To powinna być siedemnasta kara dla śpiącej królewny, za kartę numer dziesięć. Ale nie jest. Jestem balonikiem nakłutym wieloma igłami. Nie potrafię już wypełnić się z powrotem, - zatem tak smakuje śmierć. A zbawienie?

#16

Początek znowu nie był prawy, jak być powinien, znowu wszystko na lewo. Inaczej jest ułożony w mojej głowie. Jak dobrej jakości ubranie kupione w markowym sklepie i powieszone na odpowiednim wieszaku, w swoim miejscu szafy. Naszpikowałam się zbyt wieloma niepasującymi odzieniami, w których chciałabym się w końcu schować. Systematycznie jedynie, przychodzi mi tylko pozbywanie się ich. Znoszone imaginacyjne twory niematerialnych potrzeb. Pragnienie słońca - pojawienie się słońca - oślepienie słońcem (które w przykrym finale okazuje się być tylko nikłą ułudą naiwności). To tylko gasnący promyk słońca. Być nim musi. Niech powrócą mi dwa kroki w tył: jeden czynię parę linijek temu, drugim pragnę być brzydką w reflektorowym świetle, raz do nieskończoności.

#15

Wypełza ze mnie nieświadomość. Nie powinnam jej wypuszczać. Musi pozostać cicho w kącie mojej głowy i nigdy więcej już nie opuszczać ciałowięzienia. Gdy raz sen złączy się z jawą będzie już takim na zawsze, podczas gdy Ty tak bardzo będziesz chciał się obudzić. Marzy mi się ucieczka w świat, gdzie nie sposób będzie zbłądzić onirycznymi zakamarkami. Pozostanie tylko absolut. Pozostanie tylko wolność. Tutaj jest tylko śmiesznym pozorem, namiastką, która stoi nad Tobą i za każde przewinienie, sprzeniewierzenie karze coraz mocniej. Nigdy nie wiesz kiedy i gdzie, ale wiesz, że zawsze. Jestem taka pręgowana. Ustawiam je w sobie, próbuję meblować coby “lepiej wyglądało”. Straszna tu ciasnota. Straszna tu duchota. Jedynym sposobem wyzwolenia jest brak powietrza. To jedyne miejsce, które noszę w sobie, - to, z którego nie ma ucieczki.

#14

Nie wiem gdzie chowa się to, co we mnie już nie tyle się rozdziera, krzyczy, drze się wniebogłosy, ale szepcze. Tyrani, substytuty i lejąco-dymiące namiastki dające pozorny blask w oczach schowały się w zakamarkach szybszego tętna. Idylla. Dni sączą się leniwie, na to czekałam. To część zabawy w berka z życiem, na razie niech ono mnie szuka, niech poczuje zmęczenie słoną wodą, ja wychodzę. Dzisiaj trwać będzie do odwołania, - aż zdążę napawać się sobą jako prochem. Umarłabym z rozkoszą by być bezimienną, ostatni raz, dla siebie. I chociaż mówię life: off, dalej pragnę pholadidae cyrtopleura. Zostaję błagać mi o łaskę wiatru. Supliki piszę Ci, piszę Ci za wczoraj.

#13

Podusiłabym się. Podusiłabym się dymem z papierosów. Chociaż obiecałam, obiecałam, że tego ostatniego zostawię w deserze - tymczasem lepsze kąski przemykają mi przed oczyma. I mam wrażenie, że to tylko ułuda, czysta imaginacja, nieistnienie… Aczkolwiek przecież jestem i krzyczę, mówię, żyję? A krzyk rozdziera się tysiąckrotny, o ile nie więcej!, chociaż to nie jest ważne by nazywać. Chciałabym się stać słowem, bo nic tak bardzo nie jest ważne jak ono, tylko. Tymczasem tylko oddalam się, nogi za pas iii… gdzie sina dal! - Jak zwykle, gdyby to jeszcze dziwiło czy tam “wprowadzało w zachwyt” - nie

#12

Bolą mnie oczy od patrzenia na ciągłe szarości. Nic nie jest wystarczająco białe ani czarne żeby móc skoczyć w przepaść albo cofnąć się o krok. Haczą mnie te ciernie, a żadna z krwistych kresek nie chce się zamknąć. Widzę jak kolejny raz czuję się rzeczą, z rąk do rąk, od słowa do słowa, bezgest do bezgestu. Za każdym razem rzucam się tak bardzo, że w ostatniej chwili oddechu przypominam sobie o ucieczce. Wciąż szlajam się od stuku do puku nie mogąc nigdy usiąść. Boję się, że przestaje i nie czuję pogardy dla substytutów, których kiedyś nienawidziłam. Jeśli słowo jest przekładem czynów to zostaje mi ciągły krzyk. I gwar, i chaos, i paranoje. Drą się ich ręce, uśmiechy, i oczy, no i oczy. Spuścizną jest oślepiona wiara, co przytula się do mnie nocami i permanentnie gwałci moją głowę. I byle pookłamywać się kolejny raz nie pytam by nie wiedzieć.

Masz nieskończoną liczbę sposobów, żeby popełnić samobójstwo, nie umierając na śmierć.

Chuck Palahniuk

#11

Znowu polały się słowa. Znowu rządy ledwo zasiadłego na tronie szaleństwa dają odwrotne efekty. I kusi mnie piekielnie po raz enty ambrozją z nektarem, która obiecuje uwiecznić emocje. Zgadzam się, poddaje się tej niecnej manipulacji majaczącej rzeczywistości. Wszystko kolejny raz jest po drugiej stronie, nie tej stronie. Nie mogę, nie potrafię zbić ułudy weneckiego spojrzenia. To takie śmieszne jak bardzo wiem, że za szybą stoi odwrócone M, być może i bez świadomości iż tak mocno jest na opak, już drugi raz. Poklask wczorajszego dnia zbierają też świeżo wypuszczeni z linii produkcyjnej kaci i oprawcy. I chociaż na finiszu nie mogą powiedzieć triumfalnego miszyn komplit to ich czyny tak bardzo są do krwi. Już nie wiem jak zarządzać całą maszynerią myśli i gestów. Od czasu do czasu przypadkowo samosiękrzyżuję. Bohaterów już nie ma.